Mydlenie oczu
Od samego początku nominowanie Beaty Mydło jako kandydatki PiS na premiera wyglądało na tani chwyt reklamowy. Była to decyzja polityczna o charakterze marketingowym, ponieważ wiadomym było, że produkt pod tytułem Prawo i Sprawiedliwość opatrzony znakiem firmowym Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza, po prostu słabiej by się sprzedał. Mając świadomość tego małego fortelu obywatelki i obywatele w wyborach powierzyli jednak swój los jedynym sprawiedliwym.
Wyjść jak Zabłocki na mydle
Polki i Polacy głosowali w ten sposób, ponieważ uwierzyli w obietnice PiS-u. Jej przedstawiciele zapewniali, że są jedyną partią potrafiącą wyśledzić korupcję i układy III RP, sięgającymi swoimi korzeniami PRL-u. Że sprawowanie władzy w ich mniemaniu to nie korzyści i przywileje, a poświęcenie i służba. Tym większe bierze oburzenie gdy okazuje się, że to wszystko były tylko frazesy i czcze gadanie. Nie dość że w PiS kariery zaczęli robić byli członkowie PZPR ze Stanisławem Piotrowiczem na czele, to teraz okazuje się, że zarówno program 500+ jak i podniesienie płacy minimalnej były tylko przygotowaniem pod milionowe darowizny dla dyrektora Rydzyka i instytucji kościelnych, 20-sto milionowej dotacji dla szkoły męża Beaty Mydło, a ostatecznie także podniesieniem wynagrodzeń parze prezydenckiej, premier, członkom rządu i parlamentarzystom. Czarę goryczy przepełnia wciąż dziesięciokrotnie wyższa niż dla zwykłych obywateli kwota wolna od podatków dla posłów i senatorów.
Mydlana bańka
Powołanie gabinetu przez partię posiadającą samodzielną większość w parlamencie to czysta formalność. Nie dziwi więc posłuszne wykonywanie poleceń prezesa przez premier rządu. W końcu zasady ich współpracy i relacji nie są oparte o system prawny w Polsce, ale o hierarchiczny statut partii Kaczyńskiego. Beata Mydło nie jest premierem tego kraju, a jedynie... skarbnikiem PiS. Jako skarbnik chciała zabezpieczyć finansowo partię zwiększając uposażenie jej członkom. Koszt polityczny okazał się jednak zbyt wielki i prezes zażądał wycofania się z tego pomysłu. A może po prostu projekt „Beata” na naszych oczach pryska?
