Beata Mydło

Beata Szydło
Beata Szydło Foto: Radek Pietruszka / PAP
Gdy Prawo i Sprawiedliwość sparaliżowało Trybunał Konstytucyjny, to właściwie się nie zdziwiłem. Bez finezji i elegancji dokończyli dokładnie to, co zapoczątkowała PO, ale w sumie można się było tego spodziewać. Przecież to PiS, partia quasi-demokratyczna i praworządna tylko z nazwy.

Dla równowagi więc można zastanowić się, która z polskich partii politycznych dzierży palmę pierwszeństwa w rozpasaniu i hipokryzji. Zwycięzca może być właściwie tylko jeden. Na myśl od razu przychodzi wspomniana wyżej Platforma Obywatelska. Partia rządząca przez 8 lat, której jedni ministrowie podczas wykwintnych obiadów z ośmiorniczkami dali się nagrać przez kelnerów u Sowy, czy inni którzy pomimo wielotysięcznych kilometrówek wysyłali ochroniarzy BOR-u po pizzę. Partia, za czasów której miały miejsce afera hazardowa, afera Amber Gold, Infoafera, szerzył się nepotyzm w spółkach Skarbu Państwa i postępowała inwigilacja mediów. „Sorry, taki mamy klimat”. Polki i Polacy postanowili więc ukrócić tego typu zachowanie w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych.

Mydlenie oczu

Od samego początku nominowanie Beaty Mydło jako kandydatki PiS na premiera wyglądało na tani chwyt reklamowy. Była to decyzja polityczna o charakterze marketingowym, ponieważ wiadomym było, że produkt pod tytułem Prawo i Sprawiedliwość opatrzony znakiem firmowym Jarosława Kaczyńskiego i Antoniego Macierewicza, po prostu słabiej by się sprzedał. Mając świadomość tego małego fortelu obywatelki i obywatele w wyborach powierzyli jednak swój los jedynym sprawiedliwym.

Wyjść jak Zabłocki na mydle

Polki i Polacy głosowali w ten sposób, ponieważ uwierzyli w obietnice PiS-u. Jej przedstawiciele zapewniali, że są jedyną partią potrafiącą wyśledzić korupcję i układy III RP, sięgającymi swoimi korzeniami PRL-u. Że sprawowanie władzy w ich mniemaniu to nie korzyści i przywileje, a poświęcenie i służba. Tym większe bierze oburzenie gdy okazuje się, że to wszystko były tylko frazesy i czcze gadanie. Nie dość że w PiS kariery zaczęli robić byli członkowie PZPR ze Stanisławem Piotrowiczem na czele, to teraz okazuje się, że zarówno program 500+ jak i podniesienie płacy minimalnej były tylko przygotowaniem pod milionowe darowizny dla dyrektora Rydzyka i instytucji kościelnych, 20-sto milionowej dotacji dla szkoły męża Beaty Mydło, a ostatecznie także podniesieniem wynagrodzeń parze prezydenckiej, premier, członkom rządu i parlamentarzystom. Czarę goryczy przepełnia wciąż dziesięciokrotnie wyższa niż dla zwykłych obywateli kwota wolna od podatków dla posłów i senatorów.

Mydlana bańka

Powołanie gabinetu przez partię posiadającą samodzielną większość w parlamencie to czysta formalność. Nie dziwi więc posłuszne wykonywanie poleceń prezesa przez premier rządu. W końcu zasady ich współpracy i relacji nie są oparte o system prawny w Polsce, ale o hierarchiczny statut partii Kaczyńskiego. Beata Mydło nie jest premierem tego kraju, a jedynie... skarbnikiem PiS. Jako skarbnik chciała zabezpieczyć finansowo partię zwiększając uposażenie jej członkom. Koszt polityczny okazał się jednak zbyt wielki i prezes zażądał wycofania się z tego pomysłu. A może po prostu projekt „Beata” na naszych oczach pryska?
Trwa ładowanie komentarzy...